Ralph Tegtmeier, czarnoksiężnik SEO: “Google stosuje faszystowskie metody”

Czarny kapelusz, czarnoksieznik i tolkienowski Saruman branży SEO, twórca zaawansowanego oprogramowania Black Hat – Ralph Tegtmeier w maju na SearchMarketingDay! Ralph to prawdziwa ikona naszej branży, z pewnością wielu z was zna jego witrynę, która od 10 lat praktycznie sie nie zmieniła – Fantomaster.com. Ralph jest przedstawicielem najciemniejszej strony mocy: nie tylko w SEO (specjalizuje się w cloakingu i automatycznym generowaniu kontentu), ale też w życiu prywatnym, w którym zajmuje się okultyzmem, magią i demonami :-) (wybrane tytuły publikacji: “Where Do Demons Live?” czy “Secrets of Western Sex Magic”) . Choć jest Niemcem, mieszka i pracuje w Belgii, gdzie współprowadzi firmę produkującą oprogramowanie przetwarzające język naturalny i używane do cloakingu. Publikujemy obfite fragmenty fascynującego wywiadu, jaki Ralph udzielił Aaronowi Wallowi, naczelnemu SEOBook.com (Ralph zdradził nam, że pracowali nad tym wywiadem kilka dni!).


Ralph Tegtmeier - Fantomaster - black hat - cloaking

Aaron Wall
Co robiłeś zanim zacząłeś zajmować się SEO?

Ralph Tegtmeier
W odróżnieniu od mojego indywidualizmu i osiągnięć, o których mówił mój znajomy Mike Grehan w wywiadzie dla SEOBook, moje życie przed SEO było zdecydowanie nudne. Urodziłem się w Egipcie i dorastałem na Bliskim Wschodzie i w Azji, gdzie mój ojciec odbywał służbę dyplomatyczną dla Niemiec. Później skończyłem studia z literaturoznawstwa porównawczego, literatury angielskiej i filologii portugalskiej na Uniwersytecie w Bonn. Jeszcze przed tym wspólnie założyłem i prowadziłem (razem z dwoma kolegami ze studiów) księgarnię okultystyczną, a potem zająłem się tłumaczeniami i pisaniem jako freelancer.

Za czasów bycia tłumaczem zafascynowałem się informatyką, jak tylko stała się dostępna dla zwykłych ludzi. Chociaż zbadanie tematu trochę mi zajęło zanim kupiłem swój pierwszy komputer – hybrydowy Victor Sirius 286, który był kompatybilny zarówno ze standardem IBM i Sirius.

Jesienią 1994 roku wystartował internet i wraz z nim “taxBomber” – pod tym pseudonimem pracowałem wówczas jako maketingowiec online w branży offshoringu, zdobywania potrzebnych do tego certyfikatów rezydencji i w dziedzinie ochrony prywatności.

Zanim sieć taka jaką znamy dzisiaj stała się dostępna dla wszystkich, korzystałem z CompuServe, gdzie badałem grunt pod kątem marketingu internetowego. Napotkałem jednak na poważne ograniczenia, a CompuServe było tak małe, że nie dawało pojęcia o tym, czym będzie marketing w sieci wielkości internetu. Wraz z początkami WWW wszystko się zmieniło.

Jak łatwo się domyślić, w połowie i końcówce lat 90. optymalizacja strony internetowej pod wyszukiwarki była zdecydowanie łatwiejsza niż obecnie. Faszerowanie słowami kluczowymi, wielokrotne tagi TITLE, niewidoczny tekst na podstronie – wszystkie te techniki działy bezproblemowo.

W 1998 zacząłem współpracę ze starym znajomym z czasów szkolnych – Dirkiem Brockhausen’em, który zdążył do tego czasu zrobić doktorat z fizyki, zdobyć uprawnienia konsultanta SAP i pracował dla firm takich jak IBM.

Aaron Wall
Jak to się stało, że w końcu wylądowałeś w branży SEO?

Ralph Tegtmeier
Mój pierwszy biznes internetowy od razu się przyjął. Konkurencja nie była szczegółnie ostra, ale jednak istniała. Któregoś dnia natrafiłem na raport o tym, jak wykiwać wyszukiwarki – pewnie był to pierwszy taki tekst. Kupiłem to, wdrożyłem wiele opisanych tam technik, i ta-dam! – ranking był jeszcze lepszy! Takie podejście wiązało się wówczas z wieloma dodatkowymi obciążeniami, np. rejestrowaniem się na farmach linków, przez co dostawałem potem tony spamerskich maili itp. Mocno upierdliwe. Więc należało w końcu oddzielić ziarno od plew.

Mniej więcej w tym samym czasie natknąłem się na teksty świętej pamięci Corey’a Rudl’a, które otworzyły mi oczy na wiele kwestii związanych ze skutecznym marketingiem, zwłaszcza z tym w amerykańskim stylu. Źródło wielu natchnień, które cały czas przynoszą efekty.

Kiedy razem z Dirkiem postanowiliśmy otworzyć wspólny interes, z góry było wiadomo, że będziemy tworzyć oprogramowanie. Jedyne czego nie wiedzieliśmy to do jakich zastosowań. Zabraliśmy się więc za dogłębne badanie rynku, skupiliśmy się na SEO, dokładnie przetestowaliśmy to co mieliśmy i dopiero wtedy wystartowaliśmy oficjalnie.

Aaron Wall
Stworzyliście markę nr 1 w dziedzinie cloakingu. Jakie były najważniejsze działania, jakie podjęliście w tym celu?

Ralph Tegtmeier
Przez prawie półtora roku bardzo intensywnie przeprowadzaliśmy badania, eksperymentując z przeróżnymi metodami SEO w wielu różnych branżach. Cloaking pobił wszystkie o głowę, więc na to w końcu postawiliśmy.

Od samego początku było oczywistym, że skuteczny, niezawodny cloaking wymaga równie skutecznej i niezawodnej bazy danych sprawdzonych robotów wyszukiwarek, w oparciu o którą można by było działać, dlatego to była pierwsza rzecz, na której się skupiliśmy. Stworzyliśmy usługę Fantomas SpiderSpy(TM), która do dziś dnia korzysta z najobszerniejszej na świecie listy robotów wyszukiwarek. Tworzymy tę listę od 1999 r. i powszechnie uznaje się ją za najlepszą jaka istnieje – podkreślam, że to słowa naszych klientów, nie moje.

Jeśli chodzi o sam cloaking, na początku podstawialiśmy jedynie pojedyncze podstrony, co w rezultacie dawało witryny zawierające podstrony zarówno poddane jak i niepoddane cloakingowi. Później, kiedy najważniejsze wyszukiwarki zaczęły przyjmować wrogie stanowisko wobec cloakingu, stworzyliśmy narzędzie Fantomas ShadowMaker(TM), które generuje samodzielne, całkowicie poddane cloakingowi witryny, które nazywamy Shadow Domains(TM). W swojej pierwszej wersji Wskazówek dla webmasterów Google podwędził nam ten termin (później przestali go używać).

Większość tego wynikała z faktu, że mieliśmy dosyć ręcznego tworzenia Shadow Domains dla naszych klientów SEO, więc postanowiliśmy zautomatyzować ten proces. I tak właśnie powstał Fantomas ShadowMaker(TM). Aktualnie [wywiad przeprowadzono 29.04.2009] pracujemy nad nową wersją, która będzie zawierać mnóstwo dodatkowych przydatnych funkcji, których celem będzie odzwierciedlać ciągle zmieniające się środowisko SEO.

Aaron Wall
Niektóre dobre witryny web 2.0 podają listy trafnych słów kluczowych lub słów kluczowych, które kierują ruch do danej podstrony. Jaka jest różnica między cloakingiem a tak zautomatyzowanym podejściem do generowania kontentu bogatego w słowa kluczowe? Dlaczego pierwsze uznaje się za złe, a drugie – dobre?

Ralph Tegtmeier
Technicznie rzecz biorąc, cloaking i IP delivery oczywiście polegają na prezentowaniu różnych treści robotom wyszukiwarek i “ludzkim” użytkownikom. To, co robią te witryny web 2.0 to tak naprawdę stare, oklepane faszerowanie słowami kluczowymi, nie cloaking jako taki. (W każdym razie przynajmniej w większości przypadków.)

Szczerze mówiąc to dosyć zabawne, gdy widzę jak takie witryny o dużym natężeniu ruchu stosują amatorskie metody rzekomego SEO, które my, specjaliści SEO, od dawna uznajemy za niewystarczająco skuteczne. Jest na to wiele równie przekonujących wyjaśnień, ale najprawdopodobniej w większości przypadków chodzi po prostu o brak jakiegokolwiek pojęcia na ten temat. Ale ponieważ takie witryny cieszą się ogromnym ruchem ze źródeł innych niż organiczne wyniki i w związku z tym, że wyszukiwarki nie chcą stracić dużej części ich ruchu i udziałów w rynku wyszukiwania (wystarczy wspomnieć o Facebooku i Twitterze), wydaje się, że wyszukiwarki bez żadnego skrępowania traktują takie witryny ulgowo, o czym małe witryny nie mają nawet co marzyć.

Dla niedoinformowanych może to wyglądać na aprobatę przestarzałych technik SEO, ale jest to całkowicie błędna konkluzja. To dlatego, że tak naprawdę wcale nie faszerowanie słowami kluczowymi czy linkami pomaga tym witrynom uzyskać dobre pozycje, wysoki PageRank itp. – chodzi raczej o wszystkie inne czynniki, z którymi twoje przeciętne witryny nie mają o co konkurować.

Jeśli chodzi o nastawienie klientów to obserwujemy coraz większą otwartość na black hat SEO w formie np. cloakingu niż jeszcze 3-4 lata temu. Generalnie taktyki FUD (Fear, Uncertainty, Doubt) stosowane przez wyszukiwarki, a zwłaszcza Google, wobec wszystkiego, co im się nie podoba, nie robią na ludziach już takiego wrażenia. Owszem, mogą mieć obawy, że ich witryna wypadnie z indeksu wyszukiwarki. Ale liczba ludzi, którzy bez mrugnięcia okiem przyjmą wszystko, czym karmi ich Google w swojej dziwacznej ewangelii o tym, co “grzeczny chłopiec czy dziewczynka” powinna robić bądź czego się wystrzegać w działaniach SEO, zdecydowanie maleje.

Aaron Wall
Od kiedy Google wprowadził atrybut nofollow i stał się bardziej liberalny w szafowaniu określeniem “black hat”, wydaje się, że coraz mniej dyskutuje się o różnicach między black hat a white hat. Zgadzasz się z tym? A jeśli tak, dlaczego ta dyskusja zanika?

Ralph Tegtmeier
Wydaje mi się, że wynika to z tego, że ludzie mają coraz bardziej pragmatyczne podejście do wielu rzeczy. Może ma to związek z tym, że zaciera się wrażenie nowatorstwa prowadzenia interesów w sieci, może z ogromną liczbą rozbieżnych opinii na temat SEO i szkół SEO oraz z niespotykaną dotąd uwagą, z jaką media traktują temat znaczenia SEO.

Cokolwiek by to nie było, zgadzam się z tym, że wspomniana wcześniej debata już nie jest taka emocjonalna, czy wręcz religijnie zaangażowana. Kiedy zaczynaliśmy na poważnie świadczyć usługi SEO w późnych latach 90-tych, dyskutowało się głównie o “etycznych” kontra “nieetycznych” metodach pozycjonowania. Generowało to wiele emocjonalnych reakcji, chociaż sprawa dotyczy pola technologii, a nie teologii czy moralności. Jeśli uwzględnić jeszcze rosnącą konkurencję, z którą muszą radzić sobie pozycjonerzy, było to wszystko zrozumiałe. Pewnie można by stwierdzić, że handel w internecie rozumiany ogólnie po prostu “dojrzał”, podobnie jak branża SEO.

Dzisiaj klienci nawet nie zżymają się, gdy pytasz ich o to, czy preferują podejście “white hat” czy “black hat”. Wręcz przeciwnie – będą dopytywać o skuteczność, ryzyko, z jakim należy się liczyć itp. Więc jak widać, dzisiejsza dyskusja na ten temat jest pozbawiona emocji i dotyczy praktycznych zagadnień, co uważam za bardzo pozytywne.

Aaron Wall
Matt Cutts regularnie próbuje zrównywać pozycjonerów black-hat z przestępcami. Jednocześnie linki sponsorowane są sprzedawane każdemu, kto zapłaci. Co powoduje, że Google’owi udało się narzucić branży własną perspektywę?

Ralph Tegtmeier
Niedawno z tego właśnie powodu nazwałem Matta Cuttsa królem FUD-u. Spodziewam się, że niedługo zacznie zrównywać pozycjonerów black-hat z twórcami pornografii dziecięcej i członkami kolumbijskich karteli narkotykowych…

To niepokojący rozwój sytuacji, chociaż wcale nie niespodziewany. Chodzi o taktykę siania strachu, wielokrotnie stosowaną w historii ludzkości, o wrzucanie osobistych przeciwników do jednego worka z postaciami powszechnie znienawidzonymi. Tak to działało z czarownicami w średniowieczu, a potem w propagandzie państw totalitarnych, szczególnie faszystowskich.

Wiem, że to może pewna przesada, ale Google jako korporacja dała się zainfekować takim totalitarnym nastawieniem. Widzi to wyraźnie każdy kto patrzy: w ich komunikatach publicznych, w sposobie w jaki reagują na krytykę. A także, oczywiście i co najważniejsze, we wdrażanych przez nich rozwiązaniach technologicznych i strumieniach danych, którymi częstują świat, by utrzymać dominację.

Informacja to władza – to wszechobecny mem, znany w zachodniej cywilizacji od wieków, jeśli nie tysiącleci. Teraz informacja jest znacznie ważniejsza, niż niegdyś – i ją właśnie próbuje zmonopolizować Google. Całkiem niestety skutecznie.

Ale bez obaw, nie będę dalej ciągnął przydługawego akademickiego ranta na Google i jego quasifaszystowską ideologię oraz działania. Powiem tylko, że zgłębiam podobne zagadnienia od przeszło 40 lat. To nie są majaczenia ekscentryka ani wariata, to zimna, sceptyczna i trzeźwa analiza oraz ocena faktów, które każdy może sprawdzić. Tymczasem zostawmy już ten temat, gadanie o tym nic nie zmieni.

Aaron Wall
Wiele sieci reklamowych propaguje oszustwa, ponieważ opłaca im się promować to, co przynosi najwięcej pieniędzy (a często oszustwa są źródłem dodatkowych marży). Dlaczego media najczęściej mówią o SEO, jakby to były jakieś nieczyste interesy czy podejrzana branża, a rzadko kiedy pisze się o tym, że PPC bywają używane do praktyk takich jak cookie pushing, zdrady, reverse billing fraud etc.?

Ralph Tegtmeier
Po pierwsze, reklama jest podporą mediów, ich komercyjnym kręgosłupem. Więc nie można oczekiwać od nich, że będą gryźć rękę, która ich karmi i mieć nadzieję, że wyjdą z tego cało. Zasadniczo z tego właśnie powodu są one z założenia ślepe pod tym względem. W najlepszym wypadku, zwyczajnie nie mają zwyczaju być zbyt refeksyjne w tych kwestiach.

Po drugie, SEO jest nadal w dużym stopniu “czarną magią” w tym sensie, że około 99% wszystkich dziennikarzy nie zna nawet podstaw. Spójrzmy prawdzie w oczy – podczas gdy podstawowe zasady SEO są dosyć proste i łatwe do wytłumaczenia, samo prowadzenie skutecznych kampanii SEO to już zupełnie inna bajka. Poza tym, w miarę jak czas i skupienie uwagi stają się coraz to kosztowniejszym i rzadszym towarem, większości dziennikarzy po prostu nie ma ochoty (a całkiem możliwe, że zwyczajnie nie może, nawet jeśli by chcieli) czytać twojej genialnej książki o SEO czy wskazówek Mike’a Grehana – bo są za długie, zbyt techniczne i w praktyce zbyt wyspecjalizowane jak dla przeciętnego pismaka, żeby poświęcił im swój czas i uwagę.

Po trzecie, pomimo że faktycznie istnieje sobie tam gdzieś całkowicie realna branża SEO, jest to raczej początkujący biznes. Owszem, pewnie każdy menadżer wyższego szczebla i jego asystenci wiedzą o roli, jaką odgrywa SEO w ich działaniach marketingowych w sieci – ale właściwie o jakim SEO jest mowa? Rozmawiasz z dziesięcioma ekspertami, dostajesz jedenaście różnych opinii. Dla kogoś spoza branży wszystko to jest dezorientujące, tajemnicze, nieprzeniknione. I właśnie to zagmatwanie i brak zrozumienia powoduje, że SEO jest postrzegane jako “podejrzane”, czy tego chcemy czy nie.

Po czwarte, większość agencji SEO jakie znam tak naprawdę skupia się głównie na PPC. Owszem, oferują też pozycjonowanie, ale generalnie PPC sprzedaje się raczej łatwo, czego nie można powiedzieć o pozycjonowaniu. PPC daje się relatywnie łatwo zrozumieć, jest szybkie i nadal na tyle skomplikowane, że wymaga pomocy eksperta, jeśli nie chce się przepuścić całego budżetu na reklamę na nieskuteczne kampanie w oszałamiającym tempie.

Przez to wszystko wydaje mi się, że ludzie czują się dużo pewniej z PPC niż z pozycjonowaniem.

Ale co martwi mnie dużo bardziej to to, że click fraud jako potencjalny temat dla mediów już jakiś czas temu został dla wygody zamieciony pod dywan. Niestety dotyczy to również całej branży SEO; wydaje się, że mało kto jest chętny do dyskusji na ten temat, co – przynajmniej według mnie – jest wyświadczaniem niedźwiedziej przysługi swoim klientom…

Aaron Wall
Google ma patent na grę komputerową, która wykorzystywałaby słabości psychiczne graczy (jak np. potrzebę bezpieczeństwa, uzależnienie od hazardu, czy podejmowanie pochopnych decyzji pod wpływem impulsu). Na Sphinn’ie opublikowałeś świetny wpis na temat zagrożeń związanych z nadmiernym zaufaniem okazywanym firmom zajmującym się data miningiem i pojęciem systemowych mechanizmów “produkcji rzeczywistości”. Za każdym razem jak poruszam takie tematy, ludzie uznają, że jestem cynikiem i patrzą jak na wariata. Jak rozmawiać na takie tematy bez narażania się na opinię o byciu szalonym?

Ralph Tegtmeier
Kto powiedział, że nie jestem? (śmiech) A na poważnie – jeśli zdefiniować “szaleństwo” jako odstępstwo od ogólnie przyjętych norm i dominujących przekonań mainstreamowej częsci społeczeństwa, to właściwie zastanawiałbym się, jaki straszny błąd popełniłem, że ludzie NIE uznają mnie za szaleńca, kiedy wygłaszam takie poglądy. Poza tym, pierwotni “cynicy” w starożytnej Grecji byli zgodnie z etymologią tego terminu “psimi filozofami” – wybitnie alternatywnym zbiorowiskiem stojącym w skrajnej opozycji do spasionego, kołtuńskiego establishmentu klasycznej filozofii. Więc w pewnym sensie jest to odznaczenie, czyż nie?

Zapewne chodzi o naruszenie granic komfortu. Ludziom ciężko pogodzić się z tempem, w jakim nowoczesna technologia zmienia świat, zarówno emocjonalnie, jak i intelektualnie. Jeśli twoje wszystkie troski sprowadzają się do wiązania końca z końcem, wykarmienia rodziny, wysupłania pieniędzy na kolejną ratę kredytu i opiekę medyczną, czy opłacenia wykształcenia twoich dzieci, zapewne twój punkt widzenia został mocno ograniczony przez te różne “klapki” na twoich oczach. Nazywa się to “koncentracją”, wiem, ale w zdecydowanej większości przypadków jest to forma mentalnej autoimputacji, która prowadzi do ciasnoty umysłowej, uproszczonego obrazu świata i – co gorsze – generalnej odmowy zajęcia się czymkolwiek nieznanym, jeśli może to choć trochę zatrząść w posadach tym monolitycznym gmachem, który błędnie utożsamiamy z życiem.

Jak tylko zaczynasz przedstawiać rzeczy w szerszej perspektywie, ludzie zaczynają się gubić jeszcze bardziej. To z kolei wywołuje emocjonalne, prymitywne odruchy – dosyć irracjonalne, to prawda, ale jednocześnie łatwe do wyjaśnienia: “Co Google ma niby wspólnego z faszyzmem? – nie dało się wymyślić niczego bardziej poronionego?”.

Tak naprawdę nie ma w tym nic nowego. Ja osobiście i wiele osób z mojego pokolenia doświadczaliśmy tego bardzo często w latach 60-tych, kiedy prawie wszyscy przedstawiciele politycznego i gospodarczego establishmentu czuli się zagrożeni przez ruch hipisowski, protesty przeciw wojnie w Wietnamie i ogólną krytykę kapitalizmu i wartości korporacyjnych. Chodzi o inny konflikt, ale działają tu te same mechanizmy.

Aaron Wall
Napisałeś kiedyś na Twitterze, że sieć staje się miejscem dla narcyzów brylujących w mediach społecznościowych. Co jest tego powodem? Jak można temu zapobiec na poziomie indywidualnym i grupowym?

Ralph Tegtmeier
Odnosząc się w pierwszej kolejności do twojego drugiego pytania – nie wydaje mi się, żeby można było temu “zapobiec” w jakikolwiek proaktywny sposób, chyba że po prostu dasz sobie z tym spokój porzucając platformy, które to umożliwiają – mało realistyczny scenariusz według mnie. Jestem prawie pewien, że ta tendencja w końcu trochę osłabnie jak tylko ludzie przerzucą się na inne tematy, kiedy znudzi im się już podglądanie różnych narcystycznych ekshibicjonistów. W obecnej formie wydaje się to odzwierciedlać to, co od wielu lat dzieje się w telewizji pod względem programów rozrywkowych: ludzie wystawiają na pokaz swoje przeróżne dziwactwa i nietypowe cechy, oczywiście ku uciesze milionów widzów.

Co to napędza? Krótko mówiąc: atomizacja. Podczas gdy duże rodziny i zżyte wiejskie społeczności tracą na znaczeniu na rzecz “indywidualizmu” i społeczeństwa o coraz bardziej chaotycznej strukturze, ogólną równowagę społeczną można osiągnać jedynie poprzez marginalizację jednostki, karmienie (i ogłupianie) jej mnóstwem zastępczych przyjemności w zamian za faktyczne uczestnictwo w politycznym, gospodarczym i społecznym współdecydowaniu. Możesz nazwać to ideologią konsumpcjonizmu. To cena, jaką płacimy za naszą (fizyczną) mobilność i mentalną elastyczność: słabnący wpływ jednostki, czyli właśnie atomizacja, o której mówiłem.

To, co oferuje nam sieć, to niezliczona ilość możliwości narobienia trochę szumu i skupienia na sobie przynajmniej odrobiny uwagi – bez bardziej bezpośrednich form kontroli społecznej na swoim miejscu, które narzucałyby nam rygorystyczne ograniczenia normalnie doświadczane przez nas w fizycznym świecie. Ponadto, anonimowość pozwala na omijanie nawet tych faktycznie wprowadzonych form kontroli – jeśli moderator forum zablokuje ci konto z obojętne jakiego powodu, nie ma nic prostszego jak zarejestrowanie się pod inną tożsamością i robienie dalszej zadymy, jeśli to jest twoim celem.

Nie zrozum mnie źle – wcale nie krytykuję sieci. Sieć oferuje wszystkim niesamowite możliwości, których nigdy wcześniej nie doświadczaliśmy na taką skalę. Weźmy chociażby wszystkie dostępne nam opcje jeśli chodzi o wyszukiwanie informacji na dowolny temat albo zbieranie poparcia dla sprawy, w którą jesteśmy mocno zaangażowani.

Ale ma to oczywiście również swoje wady. Skoro zasadniczo wszystko jest dostępne dla każdego, na pewno prędzej czy później natkniesz się na ludzi, którzy okażą się odpychający, nudni albo dziwaczni – z całą pewnością z większą częstotliwością niż zdarzało ci się to w czasach studenckich bądź wewnątrz społeczności, gdzie dorastałeś w czasach przed internetem.

Aaron Wall
Dlaczego Google premiuje działania public relations (nawet jeśli zasadzają się na kłamstwach), a nakłada kary za większość masowych technik zdobywania linków?

Ralph Tegtmeier
Jak niestrudzenie przypomina Bob Massa, głównym celem wyszukiwarek wcale NIE JEST “dostarczanie trafnych wyników” (jak większość ludzi chciałaby wierzyć i nawet przekonywać o tym innych). Celem wyszukiwarek jest zarabianie pieniędzy, kropka. Cytuję: “Głównym zadaniem wyszukiwarek NIE jest dostarczanie trafnych wyników. Głównym celem wyszukiwarek jest dostarczanie zysku. To nie to samo”.

Chociaż wielu pozycjonerów wciąż nie może w to uwierzyć, najwyraźniej Google bardzo długo poznawał lekcję Boba Mossa. Oczywiście w końcu załapali, że chodzi im o pieniądze i teraz nadrabiają straty z nawiązką. Jednocześnie decydują się na ryzykowne oszczędności na wynagrodzeniach, przy czym niedobory płac kompensowane są rozbudowaną, ale pustą motywacyjną gadką dla frajerów. Warto przeczytać tekst Michaela Arringtona “Why Google Empoyees Quit” (“Dlaczego z Google odchodzą pracownicy”), zawierający kilka ciekawych spostrzeżeń.

Oczywiście, ważną rolę odgrywa tu także hipokryzja. Podobnie jak ze spamem, który jest zawsze tym, co robi konkurent, a nigdy tym, co robisz ty sam, tak i public relations jest dla Google w porządku, jeśli sprowadzi cię do roli klienta systemu AdWords. Nie ma więc sensu zabijać krowę, którą można za chwilę wydoić.

Z drugiej strony, niewykryte kupione linki wpływają negatywnie na główny biznes Google’a i nie da się z nimi skutecznie walczyć mając algorytm tak mocno opierający się na linkach (przynajmniej w przeszłości). Z tego powodu kupowanie linków jest przedstawiane jako tak straszne przestępstwo.

Ani stanowisko dotyczące public relation, ani to dotyczące kupowania linków nie jest nielogiczne. Co oczywiście nie znaczy, że pozycjonerzy mają się nimi cieszyć lub ich trzymać. Ja z pewnością nie zamierzam…

Aaron Wall
W związku z tym, że coraz więcej osób konkuruje o uwagę online, czy zauważasz może polepszenie bądź pogorszenie jakości całej sieci?

Ralph Tegtmeier
Wydaje mi się,że to trochę jak pytanie o to, czy szklanka jest w połowie pełna czy pusta. Sieć się powiększa, to jest niezaprzeczalny fakt. Oczywiście dotyczy to zarówno tych jej elementów, które my uznalibyśmy za “złe”, jak i tych ocenianych przez nas jako “dobre”, czy to źródeł informacji, czy pewnych powszechnych zachowań.

Pod wieloma względami przypomina to rwetes na wiejskim rynku – im więcej ludzi się włączy, tym więcej narobią hałasu. I tym agresywniej muszą się zachowywać walcząc o uwagę innych.

Ale jeśli unikasz tłumów i wolisz przebywać w określonym gronie swoich znajomych, atmosfera będzie już dużo bardziej spokojniejsza i przyjazna. To staje się coraz popularniejsze obecnie – powstaje wiele zamkniętych forów i internetowych społeczności, które starannie dbają o to, żeby ich członkowie trzymali się z dala od “motłochu”.

Aaron Wall
Prezes Google’a stwierdził kiedyś, że “marki pomagają w porządkowaniu szamba” i że ludzie mają głęboko zakorzenioną potrzebę marek. Czy takie stwierdzenie cię zaskakuje?

Ralph Tegtmeier
Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nigdy nie dożyję dnia, kiedy ludzie podobni Ericowi Schmidtowi będą w stanie mnie zaskoczyć. Jak należy traktować faceta, który kiedyś oficjalnie beztrosko stwierdził, że przyczyną wybuchu I wojny światowej był “brak wzajemnego zrozumienia” wśród narodów – coś, czemu według niego Google jest w stanie zapobiegać? OK, taka może być naiwna wersja wytłumaczenia przyczyn I wojny światowej serwowana przez popularne czasopisma w stylu Reader’s Digest, ale z pewnością nie jest to rzetelne oddanie rzeczywistości, które znalazłoby potwierdzenie w faktach. To, co takie stwierdzenie faktycznie pokazuje, to małostkowa, wyrachowana i na wskroś drobnomieszczańska mentalność. (I nie będę nawet zaczynał dyskusji na temat tego, gdzie w XX w. faszyści rekrutowali lwią część swoich zwolenników…)

Przyznaję, Eric Schmidt nie jest dyplomowanym historykiem, ale jak antropolog, którym jest, może wygłaszać tak idiotyczne stwierdzenia? “Głęboko zakorzeniona potrzeba” – twierdzi pan Schmidt, specjalista od neurologii? I dlaczego sieć jest niby szambem? No błagam…

Nie, wcale mnie to nie zaskoczyło – marki to coś, z czym Schmidt i jego koleżkowie dobrze się czują, czego zrozumieniem się chełpią. Cóż, może faktycznie tak jest, ale jedyny rozsądny komentarz, jaki przychodzi mi do głowy to “śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu”.

Aaron Wall
Czym się ostatnio zajmujecie? Czy planujecie wydawać niedługo jakieś nowe produkty lub usługi?

Ralph Tegtmeier
Chociaż najbardziej znani jesteśmy z aplikacji do cloakingu, nasze działania znacznie wykraczają poza tą dziedzinę. Choćby “10 Links A Day”, 100% white-hatowa usługa wspomagająca pozyskiwanie linków, dostępna pod adresem http://10linksaday.net/.

Poza tym mocno zajmujemy się rozwijaniem technologii wspomagającej zautomatyzowane, skalowalne tworzenie treści, nakierowanej na specyficzne potrzeby poszczególnych klientów w zakresie określonych tematów, słów kluczowych i linków – w tę działkę jestem zaangażowany osobiście. Osobiście uważam, że tworzone przez nasze automaty treści są w 100% “czytalne”, unikalne i zdecydowanie wyróżniają się jakością na tle innych treści generowanych automatycznie.

Do tej pory udostępnialiśmy tę technologię jako dodatek dla klientów 10 Links A Day”, ale teraz będzie ona dostępna także jako samodzielna usługa pod nazwą “Customized Content Creation” (CCC).

***

Dziękujemy Aaronowi Wallowi z SEOBook za zgodę na publikację fragmentów wywiadu. Oto oryginał wywiadu Ralpha Tegtmeiera z Aaronem Wallem.

Redakcja

Wpis autorstwa redakcji serwisu SprawnyMarketing.pl Nasz serwis działa od 2005 roku, publikując artykuły na temat pozycjonowania, marketingu internetowego, analityki internetowej, reklamy online oraz powiązanych dziedzin. Sprawny Marketing to także 25 szkoleń, które pomogą wznieść promocję Twojej firmy na wyższy poziom. Sprawny Marketing jest głównym organizatorem konferencji I <3 Marketing , której najbliższy termin przypada na 1-2 marca 2017 roku.


  • Redakcja

    Przy okazji przypominamy o nowej grupie na Facebooku, w której odpowiadamy na szereg pytań. Dołącz do Twoja firma w Internecie i Social Media.

    Subskrybuj Sprawny.Marketing na Messengerze, dostaniesz informację o każdym nowym artykule lub materiale video

    Wielkimi krokami zbliża się także dwudniowa konferencja I ♥ Marketing & Social Media oraz organizowane przez nas 24 szkolenia z zakresu marketingu.

    Możesz też zamówić prenumeratę drukowanego magazynu sprawny.marketing


    • Rzezniczek

      Fajnie, że publikujecie takie wywiady. Muszę to koniecznie wydrukować i na spokojnie przeczytać. Podziękować za artykuł. ;-)

    • Energetycznie

      Zgadzam się w 100% ze stwierdzeniem: „Głównym zadaniem wyszukiwarek NIE jest dostarczanie trafnych wyników. Głównym celem wyszukiwarek jest dostarczanie zysku. To nie to samo”. Z czegoś w końcu trzeba utrzymywać pseudo darmowe usługi dające możliwość wyciągnięcia kolejnych informacji, po to aby jeszcze sprawniej i więcej móc zarabiać.

    • tetsuo

      Strona fantomaster.com nie działa….

    • Pozycjonowanie Wrocław

      Wielkie dzięki za tłumaczenie. Bardzo pouczające.

    • a mi sie podbało to:
      “Niedawno z tego właśnie powodu nazwałem Matta Cuttsa królem FUD-u. Spodziewam się, że niedługo zacznie zrównywać pozycjonerów black-hat z twórcami pornografii dziecięcej i członkami kolumbijskich karteli narkotykowych…”

      Naprawde to sie dzieje… jak sprzedaje komus linka to czuje sie jak przestepca i staram sie anonimowo i po ciuchu to robic zeby nikt mnie nie namierzył bo wiem ze jakby to sie wydało na forum webmasterów google że za drobna opłata umiesciłem NA SWOJEJ STRONIE linka do innej strony to potraktowali by mnie tam jak przestepce i gdyby mogli to jeszcze zlinczowali a moja strona została by zbanowana na wieki.
      Myslicie ze dozyjemy czasów ze sprzedaż linków bedzie traktowane jak powazne przestepstwo ?

    • Tomek

      Strona z narzędziem do pozycjonowania 10linksaday również nie działa

    • Jarek

      Na początku się zajarałem ale po obejrzeniu filmów na tube już mniej. Głównie stara się opchnąć swoje narzędzie do budowania dużej ilości zmiksowanych artykułów. Mam wrażenie, że jako stary hipis poza zarobkiem chce po prostu rozwalić korporację Google od środka. Ze “specjalistycznych” porad głównie pojawia się tip aby w title był key, który będzie w treści . Proponuje budować duże zaplecza chociaż tutaj już wiele się nie dowiemy. Broda i bardzo ciekawe poglądy w tym wypadku trochę przeszkadzają – raczej typ gwiazdora.

    • Gwiazda? Zwykły buraczyna! Pewnie 95% jego klientów to twórcy porno i dlatego jest takim zwolennikiem blackhat’u. Ale czego można się spodziewać po pasjonacie okultyzmu.

      Marzenie “seo’wców” żeby niedozwolone techniki były dozwolone. Nie widzicie, że to sprzeczność. Gdyby wszystkie kiblowe techniki zostały dopuszczone to Google jako wyszukiwarka bardzo szybko straciłaby użytkowników … a branża SEO klientów. Oczywiście przenieśliby się wraz z użytkownikami np. na bing’a ale tylko po to aby tam robić “swoją robotę” od nowa.

    • Jarek

      Jeśli używasz precli i seokatalogów już jesteś przestępcą wg google więc nie pleć bzdur. Na samym white hat nigdzie nie wbijesz.

    • link-expert

      Wzbijesz się, jeśli wiesz co trzeba zrobić z własnego doświadczenia, a nie z tego, co Ci zasugerują starsi “zasłużeni” spamerzy, tacy jak gostek z brodą.

    • Jarek

      Szanuje Wasze zdanie, ale dostaliście się w top5 na ile fraz, 5, 10 czy 15? Spróbujcie zrobić to w skali 500+ i nagle okaże się, że potrzebujecie po 2 ręce na 10 fraz (dopracowany content, naturalny link building, + trochę szczęścia). Ale przecież nie stać was na 50 pracowników. I co wtedy? Wtedy sięgacie po narzędzia, które przyspieszają pracę. Chyba, że wolicie kiblować na 20 keywordach i udawać ekspertów.

    • Grzegorz(gielo)Adamiec

      O ile mi wiadomo i chyba w tym zakresie się nic nie zmieniło, to prawo definiują rządy Państw a nie Google. Ani sprzedaż linków, ani tworzenie własnych stron linkujących do innych własnych stron nie jest chyba w żadnym Państwie zakazane prawnie. Nazywanie kogoś przestępcą, bo handluje linkami, czy tez Tworzy własne zaplecze jest na poziomie “naszego” rządu, w skrócie zwykłego buractwa, prostactwa i wieśniactwa.

      Nie ze wszystkimi wypowiedziami Ralpha się zgadzam, bo czasem gada jak komunista i mam często odmienne zdanie na dany temat temat. Jednak on w przeciwieństwie do części z was podaje pewne argumenty na których opiera swoje zdanie. Czasem mniej, czasem bardziej logiczne.

      Pomijając fakt, że gdy on Tworzył swoją firmę to większość z was jeszcze sikała w majty – Nie ma nic nieprzyzwoitego w reklamowaniu swoich usług. Tym bardziej na zachodzie nie przesiąkniętym komuną jak Polska.

      Nie uważacie, że rozsądnym posunięciem jest to, że aby coś skrytykować to trzeba to poznać ? Aby kogoś krytykować, to także trzeba poznać ta osobę i jej wady. Tak przynajmniej postępują inteligentni ludzie.

    Dodaj komentarz

    Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *